Spór Rafała Brzoski z Metą zaczął się od prywatnej sprawy jednego przedsiębiorcy, a skończył jako coś znacznie poważniejszego — pokazówka tego, jak wygląda władza w świecie zdominowanym przez kilka cyfrowych korporacji.
Co się właściwie wydarzyło
Rafał Brzoska, twórca InPostu, od dłuższego czasu zmaga się z problemem, który dotyka coraz więcej znanych osób: jego wizerunek — oraz wizerunek jego żony, Omeny Mensah — jest bez zgody wykorzystywany w fałszywych reklamach i materiałach deepfake na Facebooku i Instagramie. Fikcyjne informacje o rzekomym zatrzymaniu przez policję, spreparowane cytaty, fałszywe oferty inwestycyjne opatrzone jego twarzą — to tylko część problemu, z którym się mierzył.
Wiosną tego roku Brzoska wygrał w tej sprawie przed Sądem Apelacyjnym w Warszawie. Problem w tym, że wyrok niewiele zmienił w praktyce — fałszywe treści nadal się pojawiały.
14 sierpnia biznesmen zdecydował się na krok, który do tej pory był rzadkością w relacjach użytkowników z Big Techem: opublikował wpis, w którym skrytykował polskie kierownictwo Mety za bierność wobec fałszywych reklam, i podał z imienia i nazwiska cztery osoby odpowiedzialne za polski rynek firmy — wraz z linkami do ich profili zawodowych.
Kilka godzin później jego konto na Instagramie, obserwowane przez ponad 227 tysięcy osób, zostało zablokowane. Platforma tłumaczyła to standardowym komunikatem o „nietypowej aktywności” i ochronie danych na koncie. Meta oficjalnie stwierdziła też, że publiczne wskazywanie z nazwiska jej pracowników zagraża ich bezpieczeństwu.
Sprawą zainteresował się nawet rząd — wicepremier i minister cyfryzacji Krzysztof Gawkowski zapowiedział, że zwróci się do Mety z żądaniem wyjaśnień w zakresie przestrzegania unijnego aktu o usługach cyfrowych (DSA).
Dlaczego to ważniejsze, niż się wydaje
Można by potraktować tę historię jako spektakularną, ale jednostkową sprzeczkę miliardera z korporacją. Warto jednak spojrzeć na nią szerzej.
Bo to, co pokazuje spór Brzoski z Metą, to nie problem jednej osoby z jedną platformą. To pokazówka tego, ile władzy oddaliśmy prywatnym firmom technologicznym — władzy nad zasięgiem, nad tym, jakie informacje do nas docierają, kto może na tym zarabiać, a czyj głos po prostu zniknie z sieci. Czasem nawet władzy nad tym, czy w ogóle będziemy mieli się do kogo odwołać, gdy o naszym losie zdecyduje algorytm.
I właśnie w tym miejscu robi się nieprzyjemnie blisko modelu autorytarnego. Nie dlatego, że ktoś oficjalnie ogłosił dyktaturę — nikt tego oczywiście nie zrobi. Ale dlatego, że o sprawach dotyczących milionów ludzi coraz częściej decydują algorytmy i korporacje, których nikt nie wybrał, nie może odwołać w wyborach, i których często nie da się nawet zmusić do zwykłej rozmowy z drugim człowiekiem.
Jeśli miliarder ma z tym problem, to co z resztą z nas?
Brzoska ma pieniądze, prawników, rozpoznawalność medialną i realne narzędzia nacisku — zasoby, o jakich przeciętny użytkownik internetu może tylko pomarzyć. A mimo to musi się szarpać, żeby wyegzekwować coś tak podstawowego jak prawo do własnego wizerunku.
I to jest właściwie sedno całej sprawy. Bo skoro nawet on napotyka na tak duży opór, warto zadać sobie proste pytanie: jaką realną pozycję wobec takiej platformy ma zwykły użytkownik, który nie ma za sobą kancelarii prawnej ani rozgłosu medialnego?
Technologia miała nas uwolnić. A scentralizowała władzę
Internet w swoich początkach sprzedawano jako narzędzie decentralizacji — miał rozproszyć władzę nad informacją, dać głos każdemu, ograniczyć rolę pośredników. W praktyce wyszło inaczej. Zbudowaliśmy kilka cyfrowych centrów decyzyjnych, które dziś kontrolują ogromną część tego, jak się komunikujemy, informujemy i budujemy relacje z innymi.
Sprawa Brzoski tego problemu nie stworzyła — on istniał już wcześniej i dotyka miliony ludzi na całym świecie każdego dnia. Ta konkretna historia po prostu bardzo wyraźnie go pokazała, bo przydarzyła się osobie na tyle rozpoznawalnej i zdeterminowanej, żeby zrobić z tego głośną sprawę publiczną.
Co dalej
Warto obserwować, jak ten spór się zakończy — czy presja medialna i polityczna coś realnie zmieni, czy sprawa rozejdzie się po kościach jak wiele podobnych wcześniej. Bo tak naprawdę nie chodzi tu wyłącznie o Rafała Brzoskę. Chodzi o to, gdzie kończy się — a gdzie powinna się kończyć — władza technologicznych korporacji nad nami wszystkimi.
Fot. Instagram/rbrzoska
